Koronarozterki

#koronarozkminy
#koronarefleksje
#koronarozterki

Co to będzie? Co się stało? Co jest teraz?
W zależności od tego: gdzie kto się znajduje.
W zależności od tego: jak kto podchodzi do sprawy.
Zawsze w zależności od czegoś.

W chwili obecnej wybory są ograniczone.
Rutynowe życie dla większości z nas przestało być takie samo.
Opuszczenie domu wiąże się z potencajnym zagrożeniem.

Strach przedziera się przez społeczność.
Pytania: kiedy koniec?, ile umarło?, ile zostało wyleczonych?
Bilas zysków i strat.
Prawda? Albo fikcja na rzecz pogłębienia panującej pandemii zainfekowanych umysłów?

Spór…

Zignorowanie kontra podporządkowanie.
Trzeźwość umysłu kontra brak własnych myśli.
Życie chwilą kontra obawa przed śmiercią.

Motywów jest wiele. Ty wybierasz swój.


Kiedy to wszystko minie i znów powrócimy do codziennych obowiązków, obiecuję sobie cięższą pracę nad swoją twórczością. Teraz jeszcze poukrywam się i przeczekam te koronarozterki.

Pętla

Świat wykonał pętle. A ludzie mu w tym pomogli. W zasadzie to jedno i to samo. Każdy z nas od siebie cegiełkę dołożył. A gdzie tam, to przecież kawał roboty – tak zaniedbać swój jedyny dom. Ale, kogo to ma obchodzić: nie moje podwórko to na nie sЯam. Brzydko odnosząc się w stosunku do ziemi. Tej niekiedyś pachnącej, tętniącej życiem natury. Dzisiaj to klatki wychowują zwierzaki, a smartfony nasze pociechy. Ale, jakie to ma znaczenie, skoro i tak przyjdzie na nas pora. Może nie zaraz – choć, to możliwe – za chwil kilka zgłosi się ktoś po nas. Przyjdzie, ustanie w progu. Bez pukania i zbędnych wyjaśnień rozliczny się z nami: co nasze to już nie nasze. I tak odejdziemy, by ziemię na nowo spulchnić. A świat z czasem zapomni, już trudno. Następna osoba odchodzi i nie będzie już go do snu tulić.

Sztuka na poważnie

Od kiedy pierwsze słowa poezji składałem w całość
Moją duszą zawładnął jakiś straszliwy pająk
Swą siecią zaplątał wersy w pergamin
Bym się cofnął i stawił czoła legendom
Bym swą magią poezji łączył ludzi w jedność
Bym trafił na pasterza co swą trzodą dobrze włada
Przekazał mu moc słowa by on to rozpowiadał
Historii czas przemija a sztuka wciąż jak żywa
Renesans odnowienie reinkarnacja wyzwań
Do celu doprowadza mnie żarząca się wciąż iskra
Na sztukę mam swe oko przykute życia gwoździem
Do portu zacumuje gdy zrobię większy postęp

 

GAMEOVER jest tylko raz

Życie to najbardziej realistyczna gra survivalowa
Masz wiele podejść, lecz pasek zdrowia nie regeneruje się wraz z postępem misji
Tutaj z wiekiem doświadczasz sytuacji niekiedy podbramkowych
Nie masz wyjścia, musisz iść do przodu
Brak autozapisu
Nie ma możliwości dokończenia życia poźniej
Jesteś ty i wyzwania dnia codziennego
Polegniesz wiele razy
Jednak nie będzie dostępu do ponownego przejścia poziomu
Gromadzisz fundusze na ekwipunek, pożywienie, opłaty
Potrzebujesz umiejętności zarządzania czasem
Twoje drzewko rozwoju możesz oczwywiście modyfikować
Pamiętaj o tym, że czas płynie
Ponownie wczytanie pliku zyciezapis001.sav grozi niepowodzeniem

A jakby tak spróbować od nowa
Zostawić wszystko i uciec
Przeszłość pozostaje w zamknięta w piwnicy
Nowy stan gry ze świeżym zapisem smierc.sav

Koszmar

Nie wychodź nocą jeżeli nie musisz
Pozostań w domu siedź cicho
Gdy robi się ciemno koszmar się budzi
Nie daj się spostrzec bo będzie licho

Słychać go z oddali nadchodzi
Sapie warczy pazurem o beton ociera
W blasku księżyca bardzo się mieni
W totalnej jasności obumiera

Ani to wampir ani wilkołak
Nikt go nie widział a strach przed nim wielki
Wejdź na najbliższy wierzchołek
By uniknąć niespodziewanej śmierci

Mroczna noc koszmary sie śnią
Pora wrócić do żywych
Może to wymysł zawładną mną
Pewnie zostałem otruty

Nie bardzo realne są takie wieści
Boje się teraz odwracać
Gdy słucham tych wszystkich opowieści
Chciałbym nauczyć się latać

Uciekać gdzie pieprz rośnie
Zgubić koszmar zostawić za sobą
Mając najskrytszą nadzieje
Na noce bez strachu przed nocą

Łupieżca umysłów

Łupieżca umysłów

Z pozoru niewidoczne, przegapione, niewychwycone
Przy głębszym spojrzeniu pojawia się w przestrzeni
Między ścianami, a odwróconym odbiciem
Pochłania ludzki umysł i karmi się strachem
Uwaga, nadchodzi
Każdego na swej drodze może srogo uszkodzić
Ciemny, nieprzyjemny, nieprzewidywalny
Nie z tego świata powiadają
Z wymiaru odwróconej rzeczywistości
Gdzie wszystko ocieka mrokiem
Bez głębi czasu
Niby znikasz, a tak właściwie to
Pozostajesz w ukryciu
Strach cię obleciał
Spójrz na ściany
Może właśnie teraz on na ciebie patrzy…


Zainspirowane serialem Stranger Things na Netflix.

Dni sprzed zaćmienia 

Zapada zmrok
Gasną światła
Zero niepotrzebnego hałasu
Kiedyś godzina policyjna
Dziś standardowe życie gdy zachodzi słońce
Nawet ono ma już dosyć
Protest natury
Kłopoty człowieka

Czasami myśle o tamtych dniach
Tych sprzed zaćmienia
Ile roślin nie zdążyłem poznać
Ich zapachu i przeznaczenia
To może zabrzmieć smutno
Chciałbym przestać istnieć jak one
Powolnym krokiem dotrzeć do końca
Później budzę się z tego snu i patrzę na nowy świat
Planeta już obraca się wolniej
Ocean już nie taki spokojny
Zwierzęta dziczeją
Ludzie
Ach ludzie
Cóż za prymitywna rasa
Sami do tego doprowadziliśmy
Z pełna świadomością
Tak jakby skazać samego siebie na śmierć
I żyć z tym przez wiele lat
Później spojrzeć prawdzie w oczy
I przeprosić za błąd
Za późno
Teraz piach
Gruz
Zalane pola
Umarłe lasy

A dusze już dawno nas opuściły
Adieu
Arrivederci
Adios
Amen

Uciekł i nie wrócił 

Zniknął rozpłyną się wraz z ostatnim promieniem słońca
Zatopił się w stygnącym wosku zapachowej świeczki
Nic nie powiedział
Odszedł bez szeptu
Cichutko na palcach po drewnianej podłodze
Nie robiąc najmniejszego hałasu
Wyszedł i nie wrócił

Jaki był?
Inny.
Koniecznie chciał być wielki.
Większy niż Atlas trzymający ziemie na swych potężnych barkach
Zagubiony.
Często chodził zamyślony zakłopotany zapatrzony
Unikalny w swym rodzaju
Patrzył ponad gwiazdy
Szukał sensu w nienormalnym
Nie używał słów wdzięczności
Gonił pod prąd gasił jasność
A po ciemku bał się zasnąć
Widział cień postaci zarys
Tracił zmysły chciał go zranić
Rozbił pieści o kruche brytyjskie ściany
Dobrze wiedział że to wszystko na nic
Nie ucieknie od przeszłości
Nie znieczuli tamtych wydarzeń
Dlatego uciekł
Schronił się przed potęga własnych obrażeń


WilliamCezar

Zainfekowany

Jesienny stroik zmoczonych liści
Drzewa czynią ukłony
Poległy od siły żywiołu ziemskiego
Szlaki błotem posłane
Niebo ponurym odcieniem szarości swą obecność zaznacza
Krople po brudnej szybie spływają mozolnie
Jedna na drugą łącząc się w jedną
Ciężarem swym torują spływ dla reszty
Ogólnie mokry i smutny klimat przenika przez skórę człowieka

Na kilka dni odłączony od świata żywych
Kwarantanna
Zainfekowany wirusem o nazwie
Mam dosyć tego przykrego kraju


Kiedy już przeziębienie wprowadza w stan najwyższej inspiracji do pisania poezji o sytuacji podbramkowej – bo przecież chory facet w domu to najgorszy rodzaj końca świata.

Blog at WordPress.com.

Up ↑