Koronarozterki

#koronarozkminy
#koronarefleksje
#koronarozterki

Co to będzie? Co się stało? Co jest teraz?
W zależności od tego: gdzie kto się znajduje.
W zależności od tego: jak kto podchodzi do sprawy.
Zawsze w zależności od czegoś.

W chwili obecnej wybory są ograniczone.
Rutynowe życie dla większości z nas przestało być takie samo.
Opuszczenie domu wiąże się z potencajnym zagrożeniem.

Strach przedziera się przez społeczność.
Pytania: kiedy koniec?, ile umarło?, ile zostało wyleczonych?
Bilas zysków i strat.
Prawda? Albo fikcja na rzecz pogłębienia panującej pandemii zainfekowanych umysłów?

Spór…

Zignorowanie kontra podporządkowanie.
Trzeźwość umysłu kontra brak własnych myśli.
Życie chwilą kontra obawa przed śmiercią.

Motywów jest wiele. Ty wybierasz swój.


Kiedy to wszystko minie i znów powrócimy do codziennych obowiązków, obiecuję sobie cięższą pracę nad swoją twórczością. Teraz jeszcze poukrywam się i przeczekam te koronarozterki.

Dni sprzed zaćmienia 

Zapada zmrok
Gasną światła
Zero niepotrzebnego hałasu
Kiedyś godzina policyjna
Dziś standardowe życie gdy zachodzi słońce
Nawet ono ma już dosyć
Protest natury
Kłopoty człowieka

Czasami myśle o tamtych dniach
Tych sprzed zaćmienia
Ile roślin nie zdążyłem poznać
Ich zapachu i przeznaczenia
To może zabrzmieć smutno
Chciałbym przestać istnieć jak one
Powolnym krokiem dotrzeć do końca
Później budzę się z tego snu i patrzę na nowy świat
Planeta już obraca się wolniej
Ocean już nie taki spokojny
Zwierzęta dziczeją
Ludzie
Ach ludzie
Cóż za prymitywna rasa
Sami do tego doprowadziliśmy
Z pełna świadomością
Tak jakby skazać samego siebie na śmierć
I żyć z tym przez wiele lat
Później spojrzeć prawdzie w oczy
I przeprosić za błąd
Za późno
Teraz piach
Gruz
Zalane pola
Umarłe lasy

A dusze już dawno nas opuściły
Adieu
Arrivederci
Adios
Amen

Uciekł i nie wrócił 

Zniknął rozpłyną się wraz z ostatnim promieniem słońca
Zatopił się w stygnącym wosku zapachowej świeczki
Nic nie powiedział
Odszedł bez szeptu
Cichutko na palcach po drewnianej podłodze
Nie robiąc najmniejszego hałasu
Wyszedł i nie wrócił

Jaki był?
Inny.
Koniecznie chciał być wielki.
Większy niż Atlas trzymający ziemie na swych potężnych barkach
Zagubiony.
Często chodził zamyślony zakłopotany zapatrzony
Unikalny w swym rodzaju
Patrzył ponad gwiazdy
Szukał sensu w nienormalnym
Nie używał słów wdzięczności
Gonił pod prąd gasił jasność
A po ciemku bał się zasnąć
Widział cień postaci zarys
Tracił zmysły chciał go zranić
Rozbił pieści o kruche brytyjskie ściany
Dobrze wiedział że to wszystko na nic
Nie ucieknie od przeszłości
Nie znieczuli tamtych wydarzeń
Dlatego uciekł
Schronił się przed potęga własnych obrażeń


WilliamCezar

Zainfekowany

Jesienny stroik zmoczonych liści
Drzewa czynią ukłony
Poległy od siły żywiołu ziemskiego
Szlaki błotem posłane
Niebo ponurym odcieniem szarości swą obecność zaznacza
Krople po brudnej szybie spływają mozolnie
Jedna na drugą łącząc się w jedną
Ciężarem swym torują spływ dla reszty
Ogólnie mokry i smutny klimat przenika przez skórę człowieka

Na kilka dni odłączony od świata żywych
Kwarantanna
Zainfekowany wirusem o nazwie
Mam dosyć tego przykrego kraju


Kiedy już przeziębienie wprowadza w stan najwyższej inspiracji do pisania poezji o sytuacji podbramkowej – bo przecież chory facet w domu to najgorszy rodzaj końca świata.

Ja i mój wierzchowiec

Jadę samotnie przemierzam pustkowia pobliskich rejonów
Szukam prawdy kryjącej się za warstwą nieokiełznanych uczuć
Kołysząc się łagodnie na grzbiecie mojego wierzchowca
Wsłuchuję się w ciszę przenikającą strefę zieleni i piachu
Zielony przesmyk – tak na to wołają
Dla mnie jest punktem obserwacyjnym
Aby wypatrzeć myśli dobiegające z przyszłych niedalekich wydarzeń
Stoję na szczycie a moje oczy wpatrzone w horyzont
Gonią za granicą filtrując każdy napotkany wyróżniający się obiekt.
Jestem obserwatorem życia
Obserwatorem swojego losu
Przerzucam nogę nad siodłem
Gwałtownym dotykiem pięty w tułów przywracam do życia
Żarzące się ciało głodne przygód dnia jutrzejszego
Ściemnia się a droga powrotna wymaga czasu
Dziś mamy go dla siebie a jutro to jedna wielka zagadka.


Dnia 3/10/2019 oddałem na cele charytatywne ( http://www.r-evolution.org.uk/ ) mój wspaniały rower, na którym przejechałem setki kilometrów. Posłużył mi prawie trzy sezony. Nigdy dotąd nie wyobrażałem sobie, jak silne może być połączenie emocjonale z rzeczą martwą. Wydaje mi się, iż rzeczy, do których się przyzwyczajami stają się częścią nas i dostają kawałek żywej duszy. Będę wspominał ten dzień.

Już nie czekam

Czas stoi.
A ja siedzę pod drzewem i już
nie czekam.
Już nie widzę powodu.
Czuję jak chłodny wiatr
uderza mnie w szyję.
Kosmyk włosów ociera się
w niezsynchronizowanym rytmie o rzęsy.
Dreszcz przeleciał jak połowa roku.
Było…
a nagle nie ma.

Nadchodzi czas refleksji.
Głębokich i głębszych przemyśleń…
Obecny stan ducha o kolejną
dawkę adrenaliny się upomina.
Więc dosiadam dwukołowego rumaka.
Gnam ile sił…
By za moment raptownie wyhamować.
By nie przegapić pięknych chwil.

Szum betonowej dżungli

niejednostajny ruch miasta
oddech przechodniów zanika przy dźwiękach ulicy
mało schematyczny gwar
wielotematyczny układ par
oczy skierowane w prostokątne pudełka
nafaszerowane układami scalonymi
układy i układziki
cwaniaki i kradzione kolczyki
szum betonowej dżungli
symulator rzeczywistości
walka o przetrwanie
światło czerwone nikogo nie zobowiązuje
sygnał pogotowia nie wzbudza paniki
obojętność stała się wszystkim
a wszyscy stali się nikim

łatwo nie jest

podążam w stronę światła
zamykam oczy w obawie przed tym
co mnie może zaskoczyć
uśmiech przez łzy
tak to się nazywa
na każdym kroku rozłożone sidła
jak żyć zatem pytam siebie
kolejna zapisana strona
o tym co w piekle i o tym co w niebie
a jutro z wczoraj walczą zawzięcie
pilna sprawa na dzisiaj
nie może czekać jak kiedyś

Smocza otchłań

tornado kanciastych kształtów
wir wierzchołków i linii prostych
apokalipsa trójkątnych figur
wszystko się sypie
wszystko się unosi
w stronę niebieskiego tła zwanego
niebem
to był jak sen
walka ze smokami
prosto z gry o tron
tak intensywnie
tak wyraźnie
tak bogato
biedny los naszych ludzi
wszystkich dopadła klęska
żywiołowa lub z rąk diabła
smocza otchłań
ognisty płomień w pył diamentów
każdego z nas przemienił

Blog at WordPress.com.

Up ↑